Szum rozmów w różnych językach wypełniał Plac Świętego Piotra jeszcze zanim słońce w pełni wzeszło nad Rzymem. Przyjechałem tam wcześnie rano, by uniknąć największych tłumów, choć szybko zrozumiałem, że miejsce tak ważne dla milionów osób jest niemal zawsze pełne turystów i pielgrzymów. Czułem jednak, jak w powietrzu unosi się wyjątkowa, podniosła atmosfera.
Gdy tylko przekroczyłem kolumnadę Berniniego, moim oczom ukazał się majestatyczny widok Bazyliki św. Piotra. Gdyby nie kolejka do kontroli bezpieczeństwa, pewnie nie oderwałbym wzroku od fasady świątyni jeszcze przez dłuższą chwilę. Wędrując wzrokiem po detalach rzeźb i zdobień, rozmyślałem o artystach, którzy tworzyli ten imponujący kompleks wieki temu. Każda kolumna, każdy posąg zdawał się opowiadać własną historię.

Po krótkiej chwili oczekiwania przeszedłem do wnętrza bazyliki – i z miejsca ogarnęło mnie uczucie spokoju. Wysokie sklepienie rozciągało się nad głowami zwiedzających, a światło słoneczne, które wpadało przez witraże, tworzyło barwną mozaikę na posadzce. Starałem się iść powoli, jakby z obawą, że zbyt szybkie kroki zaburzą tę ciszę, pełną podziwu i refleksji.
Zatrzymałem się przy Baldachimie Berniniego – monumentalnym dziele słynnego artysty. Po lewej i prawej stronie rozciągały się boczne nawy, gdzie w półmroku widać było wiernych modlących się w skupieniu. W jednej z kaplic ujrzałem znakomite dzieło Michała Anioła – Pietę. Znana z fotografii i opisów, na żywo okazała się jednak jeszcze bardziej poruszająca. Uczucia wdzięczności i zadumy towarzyszyły mi podczas tej chwili kontemplacji.
Zdecydowałem się również wejść na kopułę bazyliki. Wspinaczka po wąskich, krętych schodach bywa momentami klaustrofobiczna, ale nagrodą jest widok zapierający dech w piersiach. Z wysokości widać niemal całe miasto, od rozległych ogrodów watykańskich po dachy rzymskich kamienic, zanurzonych w południowym słońcu. Ta panorama stanowiła symboliczne zwieńczenie wyprawy – przypominała, jak blisko siebie są sacrum i historia wielkiego miasta.
Choć Watykan to teoretycznie najmniejsze państwo świata, kryje w sobie niezmierzone pokłady kultury, sztuki i duchowości. Po wyjściu z bazyliki skierowałem się do Muzeów Watykańskich, by zobaczyć m.in. Kaplicę Sykstyńską. Przechodząc przez dziesiątki sal pełnych rzeźb, malowideł i fresków, poczułem się jak w labiryncie przeszłości. Każdy zakątek skrywał nową tajemnicę: od starożytnych posągów po bogate zbiory malarstwa renesansowego. Zwieńczeniem było oczywiście spojrzenie na sufit Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie Michał Anioł zostawił swoją nieśmiertelną pieczęć. Kolory i wyraziste postaci zdają się ożywać na oczach zwiedzających, przywołując opowieści z kart Biblii.
Kiedy wyszedłem z muzeów, słońce już powoli chyliło się ku zachodowi. Plac Świętego Piotra zaczął pustoszeć, choć nadal dało się słyszeć gwar przeplatających się języków. Przystanąłem na chwilę, by jeszcze raz spojrzeć na monumentalną bazylikę. W głębi duszy czułem, że to miejsce ma w sobie coś ponadczasowego – jakby każda wizyta była zaproszeniem do odkrywania nowego wymiaru historii, sztuki i wiary.
Zastanawiałem się, ile jeszcze razy będzie mi dane powrócić do Watykanu. Bez względu na liczbę tych podróży, za każdym razem odnajdę tu nowe inspiracje, a mury Bazyliki św. Piotra i zbiory Muzeów Watykańskich ponownie przeniosą mnie w przeszłość, przypominając o potędze ludzkiego geniuszu i bogactwie duchowego dziedzictwa.










